Czasem myślę, że jestem ładnai
i czasem ktoś zrobi mi zdjęcia.
I tak to wtedy wygląda.
/ jeszcze z sierpniowych gór /
Wszystkie zdjęcia popełnił Krzysztof Łapka za co chwała mu!
to znowu wraca.
Czas gdzie Ty nie-Ty [chociaż nie-Ty trwa już od lat paru, mogłabym się wreszcie przyzwyczaić]
Coś ze mnie ucieka i chowa się pod te liście w parku, no wiesz, ja z nimi spadam z tego drzewa [jestem jak liść, co cieszy się zielenią, gdy wiosna, gdy mówisz]
Budzą mnie szare poranki – nadranki, mgliste nawet między blokami. To jesień, jesień przecież. Ta upragniona a ta najtrudniejsza. I Chopin, i papierosy i kawa i chleb czerstwy z krzywo pokrojonym pomidorem bo od samego poranka brakuje sił. Wypadnie z rąk jeszcze wiele szklanek i talerzy tej jesieni, i wiele kartek się podrze, książek zgubi, tak przecież zawsze.
Gubię się w słowach, widać to, słychać. Ty, Ty, Ty. Ty-lko Ty-le. Widzisz? Słowa Ty-kają jak wskazówki zegara.
/ podejdź, zbliż się, choć trochę, troszeczkę, milimetr, centymetr, po prostu troszeczkę… /
bywam na skraju załamania nerwowego
( budzę się rano, jeszcze przed śniadaniem, w oczach sufit i oczy w suficie, a palce brną przez żebra kaloryfera. Brną do bólu. Plączą się miedzy wgięciami, zgięciami, przerwami. I boli i jeszcze, a wzrok tak statyczny i tak… nie-my )
Bywa ciężko kiedy mieszka się w trzech a nawet czterech miejscach na ziemi. I to tak dosłownie, już nawet nie w wymysłach. Teraz jest już normalnie, tylko Toruń – Gąsawa – Gąsawa – Toruń. Jednak lepiej mi żyć w pośpiechu i rozjazdach, nie mam czasu wtedy wołać za jakimś miejscem. Odbijać i zbijać się jednocześnie.
Jutro tylko mała podróż po Canona i jakoś odetchnę. Zaplanuję sobie najbliższy miesiąc i będzie spokojnie.
to by było na ty-le.
I te poranki - nadranki, jakoś mi dobrze jechać całkiem samotnie tramwajem, gdy jeszcze buro na ulicach.
Lubię, kiedy chłód jest taki specyficzny i tak niebiesko, a światło /się/budzące takie ostre, takie zimne i powietrze jakby inne [mocniej kłuje w nozdrza]. Mogę tak wiecznie, częściej niż codziennie, tylko, ty-lko…
zrymuj mi się szybko, sam widzisz, że liryczniejemy sobie
na przekór
[ trzeba tylko złapać się siebie jak jakiejś poręczy zbawiennej i trzymać wieki wieki ]
(nie panuje nad tutejszym pożeraczem jakości zdjęć)
Chciałabym już Canona, jesień i spokój.
Jakoś trudno brzmi, że mi trudno, ale nic a nic innego nie jestem w stanie powiedzieć. Zmuszam się do naciskania migawki, bo ciągle coś podkłada mi nogę, a ja chcę brnąć i brnąć przez tą przestrzeń ciężką.
I niech psix wreszcie pokaże swoje możliwości. Tak boli, kiedy światłomierz przestaje działać, a skurcz łapie gdy wyciąga się film z koreksu, na którym zdjęcia są gdzie[nie]gdzie. Jest tak niepewny, że czasem zostawiam Go w domu i biorę tylko mateuszowego Canona.
Boję się, boję, ale przecież uda się, no przecież razem zawsze się udaje.
To nawet nie było na raz, na dwa, na trzy. Chwila, moment, telefon: „Jutro będę”, odpowiedź: „Dobrze, do zobaczenia”. Był cudowny Wrocław, co mi się tak ciągle marzy, a później już góry tu góry tam. Poranek zawsze trudny, wiadomo. Dnie w równym tempie dobijały końca. Ale przecież były te wschody i zachody słońca. Nie, do rutyny jeszcze nie doszło, choć przebijała błonę niecodzienności. Dobrze mi tak było, oj dobrze. Bo przecież Czechy, Czesi i czeski.
Minęło.
/bardzo konkretnie/
por anki
Maryś karmi kozy, gdzieś w Czechach
mocne zabawy nocne [do Śnieżki droga długa, jeszcze, ale dziś chyba dojdziemy]