środa, 30 września 2009

Czasem myślę, że jestem ładnai

i czasem ktoś zrobi mi zdjęcia.

I tak to wtedy wygląda.

/ jeszcze z sierpniowych gór /




Wszystkie zdjęcia popełnił Krzysztof Łapka za co chwała mu!





czwartek, 24 września 2009

to znowu wraca.


Czas gdzie Ty nie-Ty
[chociaż nie-Ty trwa już od lat paru, mogłabym się wreszcie przyzwyczaić]

Coś ze mnie ucieka i chowa się pod te liście w parku, no wiesz, ja z nimi spadam z tego drzewa [jestem jak liść, co cieszy się zielenią, gdy wiosna, gdy mówisz]

Budzą mnie szare poranki – nadranki, mgliste nawet między blokami. To jesień, jesień przecież. Ta upragniona a ta najtrudniejsza. I Chopin, i papierosy i kawa i chleb czerstwy z krzywo pokrojonym pomidorem bo od samego poranka brakuje sił. Wypadnie z rąk jeszcze wiele szklanek i talerzy tej jesieni, i wiele kartek się podrze, książek zgubi, tak przecież zawsze. 
Gubię się w słowach, widać to, słychać. Ty, Ty, Ty. Ty-lko Ty-le. Widzisz? Słowa Ty-kają jak wskazówki zegara.


/ podejdź, zbliż się, choć trochę, troszeczkę, milimetr, centymetr, po prostu troszeczkę… /



bywam na skraju załamania nerwowego


( budzę się rano, jeszcze przed śniadaniem, w oczach sufit i oczy w suficie, a palce brną przez żebra kaloryfera. Brną do bólu. Plączą się miedzy wgięciami, zgięciami, przerwami. I boli i jeszcze, a wzrok tak statyczny i tak… nie-my )


Bywa ciężko kiedy mieszka się w trzech a nawet czterech miejscach na ziemi. I to tak dosłownie, już nawet nie w wymysłach. Teraz jest już normalnie, tylko Toruń – Gąsawa – Gąsawa – Toruń. Jednak lepiej mi żyć w pośpiechu i rozjazdach, nie mam czasu wtedy wołać za jakimś miejscem. Odbijać i zbijać się jednocześnie.  

Jutro tylko mała podróż po Canona i jakoś odetchnę. Zaplanuję sobie najbliższy miesiąc i będzie spokojnie. 


to by było na ty-le.



niedziela, 13 września 2009

I te poranki - nadranki, jakoś mi dobrze jechać całkiem samotnie tramwajem, gdy jeszcze buro na ulicach.



Lubię, kiedy chłód jest taki specyficzny i tak niebiesko, a światło /się/budzące takie ostre, takie zimne i powietrze jakby inne [mocniej kłuje w nozdrza]. Mogę tak wiecznie, częściej niż codziennie, tylko, ty-lko…

zrymuj mi się szybko, sam widzisz, że liryczniejemy sobie
na przekór


[ trzeba tylko złapać się siebie jak jakiejś poręczy zbawiennej i trzymać wieki wieki ]





(nie panuje nad tutejszym pożeraczem jakości zdjęć)

sobota, 12 września 2009


Chciałabym już Canona, jesień i spokój. 


Jakoś trudno brzmi, że mi trudno, ale nic a nic innego nie jestem w stanie powiedzieć. Zmuszam się do naciskania migawki, bo ciągle coś podkłada mi nogę, a ja chcę brnąć i brnąć przez tą przestrzeń ciężką. 

I niech psix wreszcie pokaże swoje możliwości. Tak boli, kiedy światłomierz przestaje działać, a skurcz łapie gdy wyciąga się film z koreksu, na którym zdjęcia są gdzie[nie]gdzie. Jest tak niepewny, że czasem zostawiam Go w domu i biorę tylko mateuszowego Canona.  

 


Boję się, boję, ale przecież uda się, no przecież razem zawsze się udaje.



sobota, 5 września 2009

To nawet nie było na raz, na dwa, na trzy. Chwila, moment, telefon: „Jutro będę”, odpowiedź: „Dobrze, do zobaczenia”. Był cudowny Wrocław, co mi się tak ciągle marzy,  a później już góry tu góry tam. Poranek zawsze trudny, wiadomo. Dnie w równym tempie dobijały końca. Ale przecież były te wschody i zachody słońca. Nie, do rutyny jeszcze nie doszło, choć przebijała błonę niecodzienności. Dobrze mi tak było, oj dobrze. Bo przecież Czechy, Czesi i czeski.
Minęło.

/bardzo konkretnie/

por anki

nie patrz prosto w Słońce

tu tu właśnie

czeskie fragmen ty

no

Maryś karmi kozy, gdzieś w Czechach

Józef!

dach co go tak ukochałam

mocne zabawy nocne [do Śnieżki droga długa, jeszcze, ale dziś chyba dojdziemy]

piątek, 4 września 2009