To nawet nie było na raz, na dwa, na trzy. Chwila, moment, telefon: „Jutro będę”, odpowiedź: „Dobrze, do zobaczenia”. Był cudowny Wrocław, co mi się tak ciągle marzy, a później już góry tu góry tam. Poranek zawsze trudny, wiadomo. Dnie w równym tempie dobijały końca. Ale przecież były te wschody i zachody słońca. Nie, do rutyny jeszcze nie doszło, choć przebijała błonę niecodzienności. Dobrze mi tak było, oj dobrze. Bo przecież Czechy, Czesi i czeski.
Minęło.
/bardzo konkretnie/
por anki
Maryś karmi kozy, gdzieś w Czechach
mocne zabawy nocne [do Śnieżki droga długa, jeszcze, ale dziś chyba dojdziemy]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz