to znowu wraca.
Czas gdzie Ty nie-Ty [chociaż nie-Ty trwa już od lat paru, mogłabym się wreszcie przyzwyczaić]
Coś ze mnie ucieka i chowa się pod te liście w parku, no wiesz, ja z nimi spadam z tego drzewa [jestem jak liść, co cieszy się zielenią, gdy wiosna, gdy mówisz]
Budzą mnie szare poranki – nadranki, mgliste nawet między blokami. To jesień, jesień przecież. Ta upragniona a ta najtrudniejsza. I Chopin, i papierosy i kawa i chleb czerstwy z krzywo pokrojonym pomidorem bo od samego poranka brakuje sił. Wypadnie z rąk jeszcze wiele szklanek i talerzy tej jesieni, i wiele kartek się podrze, książek zgubi, tak przecież zawsze.
Gubię się w słowach, widać to, słychać. Ty, Ty, Ty. Ty-lko Ty-le. Widzisz? Słowa Ty-kają jak wskazówki zegara.
/ podejdź, zbliż się, choć trochę, troszeczkę, milimetr, centymetr, po prostu troszeczkę… /
bywam na skraju załamania nerwowego
( budzę się rano, jeszcze przed śniadaniem, w oczach sufit i oczy w suficie, a palce brną przez żebra kaloryfera. Brną do bólu. Plączą się miedzy wgięciami, zgięciami, przerwami. I boli i jeszcze, a wzrok tak statyczny i tak… nie-my )

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz