wtorek, 27 października 2009

Moje życie składa się z wyobrażania sobie rozmów z Tobą. Stwarzam tematy, czasem prowadzę w nich prym, nawet słyszę Twoje odpowiedzi, gdzieniegdzie. Oczywiście wolę Twoje zamyślenia, jak schylasz głowę, i robisz lekki ruch lewej nogi w tył. Odsuwasz tylko stopę, a potem patrzysz na miejsce w którym była. Lekkie poruszenie porządku gleby stwarza Ci większe poczucie bezpieczeństwa niż mój wzrok. Ja to rozumiem. 




Nic się jakoś nie składa, rozpada, tylko. Buduję wszystko na wzór wierzy Babel. 
Sztaluga częściej służy jako wieszak na kurtkę, a aparat zajmuje krępująco puste miejsce na półce. I nic a nic.






piątek, 23 października 2009

krótka opowieść o początkach początku



Trzask prask – słychać dzwonek kończących się lekcji. Wybiegam zatem ze szkoły, jak tylko szybko się da. Skręcam i zakręcam w przyprószone deszczem uliczki. Nieśmiało otwieram toporne brązowe drzwi i pytam: „gdzie?”. Wchodzę do pomieszczenia nr 20, spotkam tam panią L, która oświadcza mi, że nie jest osobą, której szukam. Kieruje do Sali. Zmieniam więc korytarz, którym idzie się tam właśnie. Pukam do drzwi, chociaż to zupełnie zbędne, bo w harmidrze nikt nie słyszy stuków. Są tam jacyś młodzi ludzie i… pan T. Ma okulary jak Peter Sallers, stoi w zamyśleniu. Podchodzę i pytam czy jest kim jest. On nawet nie patrzy i odpowiada twierdząco. Mówię Mu po co tu w ogóle jestem, że w ogóle tak i tak. Nadal na mnie nie patrzy i każe iść za sobą. Pokazuje mi miejsce na którym siadam. Siada obok mnie. Nadal nie patrzy mi w oczy i może w ogóle na m-nie. Pyta, czy już kiedyś próbowałam, stwierdzam, że różnie to bywało, krążyło się wokół tego, ale w zasadzie to nie. Informuje, jak było, jak będzie. Zaczyna o tym co będzie ze mną, że jakoś na pewno i że mnie nie zostawi, że mam przyjść we wtorek i coś wymyślimy. Dziękuję Mu zatem i wychodzę. Znowu otwieram te drzwi, wychodzę pod deszcz, wlokę się do domu przechodząc przez zakorkowane miasto. Nasiąkam deszczem, nadzieją i własną obecnością.



Podczas rozmowy pan T. zadał mi tylko dwa pytania i ani razu na mnie nie spojrzał. 



środa, 21 października 2009

Lubię się przemieszczać, noce spędzać w pociągach i odsypiać je na lekcjach. Lubię weekendy na drugim końcu Polski, ten ciężar powrotu i lekkość przyjazdu. Stukoty, szumy i piski. Wszystko jakoś biegnie do c e l u

/uczę się tego od Was, po ciągi/

/widzisz, już lepiej, już sama używam słowa „lubię” i nawet mi to lekko idzie/



Jak dobrze że nic a nic mnie tu nie trzyma. Już nic a nic

środa, 14 października 2009

jeszcze wrzesień, jeszcze morze z Vilczkiem

(naszły filmy na siebie, także jest pół morze-pół Rumunia)


(zdjęcia zrobił Vilczek)

poniedziałek, 5 października 2009

jestem bardzo smutnym człowiekiem

hahaha : D

piątek, 2 października 2009

Jak smakują andruty? Jak cała podstawówka, która nimi pachnie. Długa kolejka do sklepiku szkolnego, a w niej co druga osoba mówiąca do magicznego okienka „andruty”, podając kilka groszy. To była uciecha. Strata całej przerwy żeby tylko zdobyć kilka chrupiących kół, kilka sekund, może minuta rozkoszy. 
Przypominam sobie dzień, kiedy do naszego sklepiku przywieźli andruty w kolorze różowym. Każdy chciał je mieć! Kolor andrutów odbijał się wtedy od pożółkłych ścian korytarza i ich świeży zapach mieszał się ze smrodem z toalet i dusznym aromatem kaw z pokoju nauczycielskiego. 
Albo kiedy kupiłam sobie andruty i Norbert mi je połamał i pokruszył. Płakałam rzewnie. Żaden okruszek nie oddawał smaku andrutów w całości. Gryzienie kawałków to nie to samo co w wgryzanie się w obręcz. 
Od tego czasu nie lubię Norberta, od tego czasu nie lubię też andrutów.

/ czasem wpadam w szał, chcę dużo powiedzieć, więc pisze często, cokolwiek tylko byleby... /