
/ z przystanku na rapaka /
Zawsze po rozmowach z M. dostaję wylewu myśli z przerzutami (i choć to dwie inne choroby, chyba
I dlatego muszę pisać i ładować, szybko, żeby do…trzec’)
Wsiadając do tramwaju,
zauważam tylko krótkościętą dziewczynę, nie zwracającą uwagi na otłm ją ARTmoves; kobieta po prawej, w obcisłym golfie w panterkę, wygląda bardzo drapieżnie, szczególnie w puchatej kurtce narzuconej nań (panterka musi mieć ciepło); światło jarzeniówki dociera do mnie zbyt mocno; tandetne cytaty na szarych przestrzeniach tramwaju; mrużenie oczu.
Chciałabym tylko dopowiedzieć w tym momencie kilka zdań, chociaż to nie-w zbędne. Mimo to
kartki, o których mówiłam mogą być wertowane częściej i szybciej, czuję.
obserwuję i mówię o.
Na moje plecy patrzą, bo/wiem (? dysponują dostrzeganym obszarem, przez co ciągle tak się garbię i kurczę. Ja si ę ęę
I nie i tak tak i znów nie. Za szybko spad A.
tak mówiSZ: „Ziemia ci będzie kulą u nogi.”
bo widzisz, zdałam sobie sprawę,
że Ziemię można całą objąć,
w rzeczywistości
niezbyt pospiesznym krokiem wykonanym
na rękach
bądź ręką wyciągniętą „po amerykańsku”
czy chociażby unosząc się na wodzie
odpychając od niej rękoma
więc widzisz, zdałam sobie sprawę, że
w rzeczywistości
Ziemię można ująć rękoma
a ja mam ręce
dwie ręce
w pełnej podzięce dla cywilizacji wymachuję rękoma, staję na nich i wołam histerycznie, że kurwa, wszystko jest możliwe
Wszystko jakby zamilkło, chowając się w skupieniu. Nawet toruńska Szeroka street jakby spokojniejsza, i krzyki i kurze opadły. Nie ma staromiejskiego gwaru.
Nie wiesz co zrobić. Ja też nie wiem. Ale za tydzień już wszystko będzie dobrze, tak mówią (nie będzie, no przecież). Tylko przyzwyczaimy się do świadomości kilku osób nieobecności. Tylko.
Ale życie toczy się dalej, cóż zrobisz, przecież my mamy życie. Jeszcze.
Sama już nie wiem.
Roztrząsam i rozrywam wszystkie zdania na pojedyncze słowa. Próbuję je ogarnąć (są tak chaotyczne… układają się w zdania niezbyt poprawnie), ale tak trudno. Już nawet nie wiem, czy te wyrazy to moje, czy nie/me.
Plącze mi się język, w jakieś dziwne kształty układa się. I to już nie alkohol, no nie, nie… To po prostu nieumiejętność.
Jestem już jak Rhoda pani Woolf, naśladująca innych, bo samą sobą być nie jestem w stanie. Zupełnie straciłam i zatraciłam „ja”. Gdzie jestem? Może to zbyt duża ilość otaczających mnie osób, a może po prostu wstyd. Tak, raczej wstyd. Nie potrafię być sobą, przyznaję się otwarcie. Jestem każdym po trochu. Dlatego gnębi mnie ta moja otwartość, niczym dzisiejsze drzwi. Nie wiem, już, naprawdę nie wiem…
Uwieram. Coś mnie-
we mnie uwiera i gryzie swoją obecnością.
Ale chyba nie…
Psy najgłośniej szczekają o piątej
nad
ranem.
To fakt niepodważalny. Sama nie wiem, czy to chłód, czy może świeże,
zupełnie
nowe powietrze. Jak nowo
narodzone dziecko, które
po
wyjściu z łona matki drze się
w niebogłosy, biorąc pierwsze łyki
po
wietrza.
Nowego, jak
by. Jestem wiecznie rodzącym się dzieckiem.
Kolory straciły swój smak, a smak stracił swój kolor. To niewybaczalne, ten lęk i niechęć do wiosny. Lecz mówisz mi, żeby żyć teraźniejszością, czy jakoś tak, podobno masz racje.
To miasto, moje miasto. Tyle mi obiecało. I nic i nic.
Most jest taki zimny, a moje usta takie ciepłe. Czekanie. Czeka/nie…
Wiesz, ja żartowałam. To był bardzo głupi żart, właściwie to był zupełnym rewersem rzeczy/wistości. Tak naprawdę cała ta chora egzystencja, niby moja, składa się z tęsknot i oczekiwań. Ze stania w miejscu i obracania głowy w każdą stronę – wy/patrywania.
To był głupi żart, racja.
nie wiem co z tego będzie
chyba nic
obecnie nie odnajduję prawdy ani równowagi w jej braku. Nie rozgraniczam własnych pragnień między tym co robię a co robić chcę. To całkiem zabawne gubić i miotać się niczym w obłąkaniu. W obłokach. Mgła, mgła. Mogła. Mogłaby. By być… Jest cacy, jak sądzisz. Ja nie sądzę. Po prostu jest, po prostu musi być
jest określony cel
no
To niewygodne i krępujące, w zupełności. Trudno jest się jakoś wykręcić, znaleźć porządny dylemat by wywiązać się, czy nawet rozwiązać. Jeszcze mnie to nie razi i nie brzydzi, choć bliska jestem emocjonalnym erekcjom. I nie z podniecenia, lecz z gniewu do siebie samej /jestem uległa, poległa i nie potrafię wstać /
Może to nie jest dobre wyjście, alę walę /to/
Poruszam się w rytm muzyki, której nie ma. Myślę o połowie kota, której nie upchnęłabym do szklanki (jego wielkość to jakiś absurd, mimo, że pół) i próbuję rozniecić drżenie w kieliszku, który jest suchy jak pustynia na mych ustach. I oczy mam ciepłe. W rzeczy samej moje oczy są najcieplejszym obiektem mojego ciała. Westchnienia. Trzymam się jakiejś idiotycznej poręczy, muru, który nie pozwala mi ode jść. Nie, nie, nie. Przywarłam do muru, przyklejając się oburącz. Drży wszystko w swej całej niebieskości, którą czuję i widzę nad wyraz, wręcz. Zimno, zimno, zimno. Skurcz.
Mam lęki niepojęte i rzygać mi się chce myśląc i śliniąc się.
Pieprz, pieprz, pieprz. Wdychamy pieprz.

