sobota, 30 stycznia 2010

Nie bawi mnie to, już. Jeśli kiedykolwiek.



Poruszam się w rytm muzyki, której nie ma. Myślę o połowie kota, której nie upchnęłabym do szklanki (jego wielkość to jakiś absurd, mimo, że pół) i próbuję rozniecić drżenie w kieliszku, który jest suchy jak pustynia na mych ustach. I oczy mam ciepłe. W rzeczy samej moje oczy są najcieplejszym obiektem mojego ciała. Westchnienia. Trzymam się jakiejś idiotycznej poręczy, muru, który nie pozwala mi ode jść. Nie, nie, nie. Przywarłam do muru, przyklejając się oburącz. Drży wszystko w swej całej niebieskości, którą czuję i widzę nad wyraz, wręcz. Zimno, zimno, zimno. Skurcz.


Mam lęki niepojęte i rzygać mi się chce myśląc i śliniąc się.



Pieprz, pieprz, pieprz. Wdychamy pieprz.




wtorek, 26 stycznia 2010

Jest tak zimno, że nawet żyć się nie chce. Mróz przywarł do naszych policzków do tego stopnia, że ogrzanie powietrza wydaje się niemożliwością. Zimno, zimno, zimno – to przecież już normalność.


W ogóle… czuje się zupełnie wyprana, szukając własnych atutów podczas dokonywania czynności codziennych takich jak np. ściąganie skarpetki jednym palcem u nogi.

Co za bezsens.





sobota, 23 stycznia 2010


Nie wiem już co powiedzieć, a czego nie mówić w ogóle. Wydaję zatem dziwne, przerywane dźwięki, ni to mruczenie, ni to pisk by nie popaść w ciszę czy dźwięk.


Wszystko się jakoś toczy, no przecież.
Nie pozwalam też sobie zwariować, trzymając się czego tylko popadnie, niczym poręczy zbawiennej.



Nie będę stwierdzać, że nic mi nie obiecano, bzdura. Bowiem obiecano, że będzie dobrze i, choć jest to pojęcie względne, to prawdopodobnie z każdego punktu widać jak nie-za-dobrze jest.


niedziela, 10 stycznia 2010

mówisz: „trzysta sześćdziesiąt pięć”. to nic nie da. znów znajdziemy się w tym samym punkcie z tą samą miną i niezbyt zabawną myślą. to nic nie da. to tylko roczne wakacje. to nic nie da. nasze życie to nieustające wakacje.


/pojękiwania/