krótka opowieść o początkach początku
Trzask prask – słychać dzwonek kończących się lekcji. Wybiegam zatem ze szkoły, jak tylko szybko się da. Skręcam i zakręcam w przyprószone deszczem uliczki. Nieśmiało otwieram toporne brązowe drzwi i pytam: „gdzie?”. Wchodzę do pomieszczenia nr 20, spotkam tam panią L, która oświadcza mi, że nie jest osobą, której szukam. Kieruje do Sali. Zmieniam więc korytarz, którym idzie się tam właśnie. Pukam do drzwi, chociaż to zupełnie zbędne, bo w harmidrze nikt nie słyszy stuków. Są tam jacyś młodzi ludzie i… pan T. Ma okulary jak Peter Sallers, stoi w zamyśleniu. Podchodzę i pytam czy jest kim jest. On nawet nie patrzy i odpowiada twierdząco. Mówię Mu po co tu w ogóle jestem, że w ogóle tak i tak. Nadal na mnie nie patrzy i każe iść za sobą. Pokazuje mi miejsce na którym siadam. Siada obok mnie. Nadal nie patrzy mi w oczy i może w ogóle na m-nie. Pyta, czy już kiedyś próbowałam, stwierdzam, że różnie to bywało, krążyło się wokół tego, ale w zasadzie to nie. Informuje, jak było, jak będzie. Zaczyna o tym co będzie ze mną, że jakoś na pewno i że mnie nie zostawi, że mam przyjść we wtorek i coś wymyślimy. Dziękuję Mu zatem i wychodzę. Znowu otwieram te drzwi, wychodzę pod deszcz, wlokę się do domu przechodząc przez zakorkowane miasto. Nasiąkam deszczem, nadzieją i własną obecnością.
Podczas rozmowy pan T. zadał mi tylko dwa pytania i ani razu na mnie nie spojrzał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz